thriller

10 najlepszych filmów o podróżowaniu w czasie (część 1)

Nie dość, że twórcy filmowej rozrywki serwują ma znakomite mentalne podróże w czasie chociażby nowym „Mad Maxem” czy w końcu zaserwowanym nam na YT  „Kung Fury”, to jeszcze mamy w czym przebierać jeśli chodzi o filmowe manipulacje czasem. Przeskoki, podróże, paradoksy, zmiany dylatacji i tak dalej, to wszystko z lepszym czy gorszym skutkiem serwuje nam się od lat. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej 10 najlepszym moim zdaniem produkcjom o tej tematyce z góry zakładając, że najbardziej klasyczne propozycje z „Harrym Potterem i więźniem Azkabanu”, „Terminatorem”, „Powrotem do przyszłości” czy szalenie popularnym „Interstellarem” na czele sobie daruję. Znamy to i lubimy (bądź nie) wszyscy i powszechnie. W tym zestawieniu może nie serwuję maksymalnych niszówek, ale są to filmy z pogranicza „możecie nie znać, jakimś cudem, ale jednak”. Także zapraszam do czytania i oglądania! 

primer-2004[1]

10. WYNALAZEK (Primer, 2004, reż. Shane Carruth). Dość specyficzny przypadek offowego amerykańskiego thrilleru amerykańskiego, w którym czwórce znajomych inżynierów udaje się stworzyć przez przypadek wehikuł czasu. Dzieło nagrodzone na festiwalu w Sundance opowiada o żądzy pieniądza, bowiem bohaterowie korzystając ze znajomości przyszłości zaczynają obstawiać na giełdzie i kosić gruby hajs. Problem w tym, że zaczynają trafiać na swoje własne „ja”, a wiecie doskonale co się stanie jeśli ktoś z przyszłości spróbuje zabić siebie z przeszłości… Bardzo ciekawe niezależne kino. (więcej…)

Reklamy

ZRYTE RECENZJE VOL.14: Odcięte głowy trzymane w lodówce, czyli o filmie "Głosy" słów kilka.

Przyznam, że nie spodziewałem się, że ten dzień nastąpi tak szybko. Oto przychodzi mi zrecenzować Wam pierwszy w pełni patronowany przez blog Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno film „Głosy” (premiera już 27.02!), którego polskim dystrybutorem jest Rebel Rebel (mają na swoim koncie promocję zeszłorocznego „Gościa”, „Łowcy trolli”  i kultowej „Morderczej opony”). Oni zaufali mi, ja zaufałem im i tym samym na plakacie pojawiło się logo jakże lubianej przez Was strony. Pierwsze sygnały na temat tego dzieła napawały mnie ciekawością ale i nieufnością – Ryan Reynolds nie jawił mi się nigdy jako wielce wszechstronny aktor, Gemma Arterton i Anna Kendrick wciąż wrabiają sobie pozycję w światku filmowym i pojawiają się nie zawsze w produkcjach wysokich lotów, najbardziej przemówiła do mnie postać reżyserki Marjane Satrapi, która dała światu znakomite „Persepolis” i „Kurczaka ze śliwkami”. Jak się okazało po seansie Rebel Rebel idealnie trafiło w mój gust, a film przy odpowiednim nastawieniu nie dość, że może zryć banię to jeszcze zmusić do solidnej refleksji. Jakiej? Cóż, pozostaje Wam się wgryźć w dalszą część tekstu. 

Bardzo lubię Jerry’ego. Mam z nim tylko jeden problem – jest mordercą i schizofrenikiem.
Zacznę może od tego, że nie jest to taka komedia za jaką podaje ją trailer. Nie będziecie wybuchać dzikimi salwami śmiechu chyba, że jesteście zwyrolami i pociąga Was czarny humor. „Głosy” to taki misz masz thrilleru, dramatu psychologicznego i smoliście czarnego humoru. Bohater grany przez Reynoldsa, Jerry jest osobnikiem o pogodnym usposobieniu, przyjaznym i schludnie wyglądającym, którego jedynym mankamentem jest… bardzo głęboka schizofrenia. Mężczyzna rozmawia ze swoimi zwierzętami, psem i kotem, które umownie reprezentują jego dwie strony osobowości. Psisko jest głosem rozsądku i pocieszenia, kot namawia do złego i z różnym skutkiem próbuje uciszyć pozytywną stronę bohatera. Problem w tym, że to wszystko dzieje się w głowie bohatera. Podkreśla to świetna robota dubbingowa jaką odwalił aktor podkładając głos pod obie futerkowe „postacie”. Konflikt wewnętrzny bohatera skutecznie przeszkadza mu w uwodzeniu kobiet, które widzą w nim i tak jedynie ciamajdowatego, miłego chłopaka (a jak wiadomo „miły chłopak” rymuje się z „friendzone”). Koleżanka z pracy Jerry’ego, dość wyniosła i świadoma swojej atrakcyjności Fiona nie wstydzi się go w pewnym stopniu wykorzystywać, a ten wmawia sobie, że jest w nim zakochana. Doprowadza to bardzo niefortunnej sytuacji: Fiona (Arterton) podczas deszczowego wieczoru daje się odwieść Jerry’emu do domu, nie docierają jednak na miejsce, dochodzi do wypadku, dziewczyna panikuje i zaczyna uciekać, nasz bohater rusza za nią w pogoń i przypadkowo nadziewa na swój nóż. To wszystko można zobaczyć w trailerze, Jerry postanawia pozbyć się śladów wypadku i rozczłonkowuje dziewczynę, a jej głowę przechowuje w lodówce. Schody zaczynają się w momencie, gdy rozgadana głowa Fiony zaczyna domagać się koleżanki. Tak, moi drodzy, rozwarstwienie psychiki Jerry’ego pogłębia się i zaczyna mu się zdawać, że głowa jego ofiary do niego przemawia. A tak naprawdę to jego morderczy tkwiący w nim od dawna instynkt zaczyna prowokować go do kolejnej zbrodni. Nie wspomniałem Wam bowiem o najważniejszym. Świat Jerry;ego wygląda tak tylko dlatego, że ten nie bierze pigułek przepisanych przez panią psychiatrę. Kiedy zaczyna je zażywać głosy znikają, a w ich miejscu pojawia się coś czego Jerry szczerze nienawidzi – samotność. A do tego świat zaczyna być takim jaki jest naprawdę: dom bohatera jest tak naprawdę mocno zaniedbany, zakrwawiony od góry do dołu i mało przytulny. Kiedy chłopak odkłada leki to „wszystko wraca do normy” i świat znów jest przyjazny a zwierzaczki rozgadane i urocze. Rzecz jasna zniknięcie lubianej pracownicy nie pozostaje nikomu obojętne, a nasz bohater musi przemyśleć swoje postępowanie, bo oto na horyzoncie pojawia się przesympatyczna Lisa (Kendrick). Czy Jerry stłumi swoje mordercze popędy i wyjaśni znikniecie Fiony? Cóż tego musicie dowiedzieć się sami. 
Pies jako głos rozsądku, kot jako głos destrukcji. Krzywdzący stereotyp pupila? Nie do końca. 
Przyznam, że dawno nie widziałem filmu, który by miał tak zwodzący trailer promocyjny. Może się to odbić na jego interpretacji dwójnasób: obiecano nam komedię, dostaliśmy momentami dość mroczny thriller więc fani zrywania boków i zajadania się popcornem mogą się co najwyżej zadławić ze zdumienia. Natomiast widzowie, którzy lubią dać się zaskoczyć mogą się nagle i trwale w tym tytule zakochać. Pan Reynolds może dzięki tej roli zdobyć nie lada uznanie u tych co to do jego talentu przekonani nie byli. Jest szalony, jest pełen uroku, kurczę no nie sposób go nie polubić. Jeśli w podobnym tonie odda naturę Deadpoola, w którego wkrótce ma się wcielić to będzie baaaaardzo dobrze. Aterton jako gadająca głowa wypada prześwietnie, to głównie dzięki niej czułem ten posmak humorystyczny (poza docinkami zwierzaków, stanowczo najlepszych gadających zwierzaków od dawna) a i kiedy patrzyłem na panią Kendrick to z ulgą odetchnąłem, za parę lat nikt nie będzie pamiętać jej „Zmierzchowego” epizodu. Warto też wspomnieć o wcielającą się panią psychiatrę Jacki Weaver znaną chociażby z „Królestwa zwierząt”, która to próbować będzie naprowadzić Jerry’ego na właściwą ścieżkę psychicznego zdrowia. 
Dzieło Satrapi jest jednym wielkim kontrastem: z jednej strony uśmiecha się do nas przyjaźnie oferując wielobarwne krajobrazy, rozgadane zwierzątka i podśpiewującego, przemiłego bohatera, z drugiej strony szczerzy do nas kły psychopatycznego mordercy rozmawiającego z nadgniłą głową swoich ofiar trzymanych w lodówce. Nie jest to jednak podział na świat czarny i biały, nie ma łopatologii i jednoznacznego podpowiadania co jest cacy a co be. Nawet jeśli pies reprezentuje dobro, a kot zło to ich wspólna egzystencja miesza się w umyśle nie tylko Jerry’ego, ale i widza jako coś niebanalnego. Niebanalny i zaskakujący jest też finał opowieści, który w dużej mierze zaważy na waszej ocenie. Moją druga połówkę lekko rozczarował, ja poczułem, że reżyserka postawiła na takie rozwiązanie z premedytacją i jest to jedyna słuszna „kropka nad i”. Cieszę się, że miałem możliwość obcowania z tym dziełem na długo przed premierą, Rebel Rebel trafiło po raz kolejny z doborem repertuaru promowanego w naszym kraju. Po dobrym „Gościu”, „Głosy” jawią się jako bardzo, bardzo dobre, momentami wręcz rewelacyjne. Dlatego z czystym serduchem stawiam  poniższą notę i liczę na kolejne tak wciągające niezależne produkcje w tym roku! 
9/10
P.S: Jeśli chcesz by FKRBZM patronowało film, którego jesteś dystrybutorem, książkę, którą wydajesz, koncert, który organizujesz, film, który kręcisz, bądź płytę, którą nagrywasz to pisz śmiało na maila fkrbzm@gmail.com

ZRYTE RECENZJE VOL.13: Z tych nasionek wyrósł dobry kryminał, czyli o filmie "Ziarno prawdy" słów kilka.

Ostatnio o panu Miłoszewskim (także autorze scenariusza) zrobiło się głośno z co najmniej trzech powodów: jego ostatnia książka pod tytułem „Gniew” okazała się nie lada sukcesem wydawniczym, autor odebrał niedawno Paszport Polityki, śląc przy tym cierpkie słowa pod adresem obecnych na gali rozdania polityków, a kulminacyjnym pretekstem do rozmów o pisarzu stała się premiera „Ziarna prawdy”, drugiej adaptacji jego prozy, po niezbyt udanym „Uwikłaniu” z 2011 roku. Wychodzi na to, że Sandomierz to taki polski odpowiednik amerykańskich miast, w których dochodzi do największych i najbardziej makabrycznych zbrodni, to tutaj bowiem autor usytuował całą intrygę, której z bliska przygląda się zimny jak głaz prokurator Teodor Szacki. Wychodzi też na to, że pan Borys Lankosz wyczuł klimat klasycznego czarnego kryminału i nie spoczął na laurach po znakomitym „Rewersie” z 2009. Książki co prawda jeszcze nie czytałem, więc nie będę z nią filmu porównywać, ale jeśli jest jeszcze mroczniejsza niż film (w co szczerze wierzę) to obiecuję, że nadrobię. Zresztą jeśli nie będę się w stanie sam do tego zmusić, to prędzej czy później przekona mnie do tego twarz Roberta Więckiewicza zerkająca z okładki książki w każdej możliwej księgarni. Akcja marketingowa w przypadku tego tytułu stanowczo robi swoje, a na „Ziarno prawdy” uderza do kin zadowalająca ilość osób o czym przekonałem się podczas wyświetlania w moim mieście w ramach objazdowego Kina Orange. Dobra, dość już tego przydługiego wstępu, pozwólcie, że przejdę do fabuły. 

Tego pana raczej nie polubicie. Ale nie przejmujcie się, on siebie samego zapewne też nie lubi.


Już od pierwszych scen zostajemy wprowadzeni w niemal fincherowski klimat, który podkreśla zgrabna czołówka (taka w stylu „Dziewczyny z tatuażem” czy „Podziemnego kręgu”), a na ekranie migają malowidła sugerujące, że w Sandomierzu swego czasu dochodziło do mordów rytualnych. Zapowiada się więc zagadka o podłożu religijnym i z „żydowskim” wydźwiękiem, który króluje w polskich produkcjach od ładnych kilku lat („Pokłosie”, „Ida”). Znalezione zostaje ciało młodej dziewczyny, bliskiej przyjaciółki Barbary Sobieraj, która z racji zażyłości z denatką zostaje odsunięta od sprawy na koszt niezbyt uprzejmego Teodora Szackiego. Bohaterka grana przez znaną tu i ówdzie Magdalenę Walach (aktorce po drodze z kobietami dbającymi o sprawiedliwość vide rola w serialu „Komisarz Alex”) nie jest zbytnio zadowolona z takiego obrotu spraw, szczególnie, że Szacki zarówno żywych jak i martwych traktuje nie do końca z szacunkiem. Robert Więckiewicz czuje się w roli pana prokuratora jak ryba w wodzie, od ładnych paru lat jest w stanie przekonująco zagrać każdą postać, nawet ex-prezydenta Wałęsę. Oględnie rzecz ujmując postać jest nakreślona jako nieposiadająca życia prywatnego na własne życzenie: traktuje swoją młodą kochankę przedmiotowo zadowalając się ostrym, beznamiętnym seksem, W tle jest tam jakaś relacja z córką i przywiązanie do niej, ale ani tego nie zobaczymy, ani nie usłyszymy chociażby przez telefon. Usłyszymy za to żonę pana Teodora, której głos jest swoistym easter eggiem w tym dziele. Użycza go bowiem Maja Ostaszewska, która w „Uwikłaniu” grała damski odpowiednik naszego bohatera, Agatę Szacką. Śledztwo jak na polskie warunki jest mozolne i dzieje się w wąskim kręgu podejrzanych: mąż zamordowanej, kochanek zamordowanej, może jakiś Żyd czy inny duchowny? Co kilkanaście minut trop prowadzi do innej osoby, a niestrudzony Szacki próbuje na różne sposoby wycisnąć prawdę od podejrzanych, których krąg się powoli zawęża (znika jeden z oskarżonych). Wszystko wskazuje na to, że mordy, mają podtekst rytualny, szczególnie narzędzia zbrodni i pozostawiane przez mordercę poszlaki. Sandomierz zostaje więc ukazany jako miasto ludzi wierzących nie tylko w Trójcę Przenajświętszą, ale i zabobony, legendy i upiory dawnych, przykrytych mgłą niepamięci czasów. „W każdym kłamstwie jest ziarno prawdy”, a „Prawda bierze się z gadania”. Oklaski dla makretingowców, te dwa zdania wplecione do trailerów i plakatu podsycają ciekawość w należyty sposób.

Żeby odkryć prawdę bohaterowie muszą kopać głębiej. I zapuszczać się w najciemniejsze, osnute nieprzyjemnymi legendami miejsca. 

Twórcy śmiało korzystają z talentu aktorów znanych przesiadującym przed telewizorami serialożercom. Poza panią Walach na ekranie świetnie radzą sobie panowie Pieczyński i Zieliński co to niejednego pacjenta w „Na dobre i na złe” do domu posłali. Znajduje się ciekawy epizod dla kolekcjonera broni, którego gra Arek Jakubik (szkoda, że tylko epizod, praktycznie wszystko co zagrał pojawiło się w trailerze), a jedyną intencjonalnie bądź nie postacią drugoplanową jest Klara grana przez Aleksandrę Hamkało, która zraziła mnie do siebie wygibasami w „Big Love”. No i pan Jerzy Trela, którego na ekranach nie widziałem już całe lata – jego Wilczur ma w sobie to tajemnicze coś. A że bardziej skupiono się tutaj na budowaniu napięcia, myleniu tropów, poszarzenia otoczenia niż na postaci samego Szackiego? Moim zdaniem to dobrze, sprawnie skonstruowany kryminał wcale nie musi nas od razu zmuszać do polubienia osobnika rozwiązującego zagadkę. Nie ma tu miejsca na wątek prawdziwie romantyczny, nie zaiskrzy bardzo mocno miedzy nim a panią Sobieraj, jedynie zostanie to jako tako zasygnalizowane. I w tym tkwi siła tego filmu. Nie jest rozlazły, nie sili się na pokazanie nam super sympatycznego detektywa herosa, postacie poboczne mają zwykle sporo za uszami, są dziwne i kto wie jakie trupy trzymają w swoich szafach. Widz może mieć największy problem z zakończeniem, które „atakuje” nas nagle i zaskakująco, jakby Szacki połączył wszystkie elementy układanki poza ekranem, przy czym nie wszystkie zostają nam na nim pokazane. Pach! I już wie co i jak. Cóż ta skrótowość zapewne nie miała miejsca w książce, ale jak na dwugodzinne filmowe danie najadłem się o wiele bardziej niż chaotyczną „Hiszpanką”, która okazała się przerostem formy nad treścią dla wybrańców czy „Carte Blanche”, co to jedynie „sympatycznym” filmem się okazał. Ja wiem, że to zupełnie inne formy i drogi obrane przez reżyserów tamtych tytułów, ale tacy „Bogowie” na przykład jako film obyczajowo-biograficzny miały w sobie taką ikrę, że się oglądało jak najlepszy thriller, „Plac Zbawiciela” przybijał swoim dramatyzmem, a jeśli chodzi o eksperymentalne formy to wciąż polscy twórcy nie do końca wiedzą co chcą osiągnąć, a potem wychodzą z ich pomysłów takie kwiatki jak niewiarygodna „Sala samobójców” czy połatany bez ładu i składu „Nieruchomy poruszyciel”.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć Wam na pytanie czy jest to wierna adaptacja powieści Miłoszewskiego. Jak wspomniałem na początku nie czytałem, więc mogę Was zapewnić, że to bardzo dobry film solidnego reżysera, który dostawił kolejną cegiełkę do muru, po którym wepnie się po glorię i chwałę. Myślę, że „Ziarno prawdy” spodoba się i wprawionym w boju z polskim kinem widzom i niedzielnym oglądaczom kina rozrywkowego/kryminalnego/sensacyjnego i chyba tylko mieszkańcy Sandomierza zaczną bardziej uszczelniać okna i drzwi w razie wizyty nieproszonego gościa. No i na upartego religijni puryści też się oburzą bo kilka słownych bezeceństw (choćby o Papieżu) w filmie pada, ale to już naprawdę musieliby by być odbiorcy pozbawieni jakiegokolwiek dystansu do artystycznej formy wyrazu jaka dodaje naturalizmu „Ziarnu prawdy”. Bardzo dobry to film i na taką też ocenę zasługuje, także z czystym sumieniem wystawiam mocne osiem z nadzieją, że jeszcze pana Szackiego na ekranie zobaczymy przynajmniej ze dwa razy.

8/10

ZRYTE RECENZJE VOL.8: Wirtualna zabawa w kotka i myszkę, czyli o filmie "Who Am I" słów kilka.

Zacznę od tego, że nie zamierzam się zastanawiać nad wiarygodnością przedstawionych w filmie sytuacji. Nie znam się na hakerstwie, nie będę poddawać autentyczności sposobów jakie stosowali bohaterowie „Who Am I” do włamywania się do sieci i odwalania tych wszystkich zabawnych akcji. Od tego są specjaliści, którzy znają się na tym lepiej i za pewne w zależności od ich punktu widzenia będą obniżać lub podwyższać ocenę dzieła producentów „Życia na podsłuchu”. Opowiem Wam za to jak się bawiłem obserwując nawiązania do klasycznych już filmów i  podpowiem czy cała historia ma ręce i nogi i czy warto się udać do kina. W końcu o „Whiplashu”, „Birdmanie” czy „Grze tajemnic” wszyscy już wiedzą bo to wielkie produkcje, a o „Who Am I” mało kto jeszcze słyszał, mimo, że polska premiera była 9 stycznia. Biorąc pod uwagę, że to film, który z miejsca trafił do kin studyjnych tym bardziej warto bym o nim napisał, także zapraszam do czytania! 

Benjamin jest symbolem człowieka – ducha, tak w realu jak i w sieci. Film „podpowiada” nam odwieczną prawdę, że w sieci nikt nie jest anonimowy, w pełni bezpieczny i co najbardziej przerażające przez nikogo niepożądanego nieobserwowany.

Bohaterem filmu Barana bo Odara („Cisza”) jest młody koleś Benjamin (Tom Shilling), który w dzieciństwie stracił rodziców i był klasową postacią tła, na którą nikt nie zwracał uwagi i wybierał jako ostatniego do drużny w piłkę nożną na WF-ie. Takie tam popychadło, które zaczęło zamykać się w swoim świecie. Zdolne popychadło dodam, gość bowiem interesuje się hakerstwem i potrafi różne sztuczki, którymi zyskuje sobie uznanie charyzmatycznego Maxa (w tej roli Elyas M’Barek bardzo popularny w swoim kraju) poznanego podczas odrabiania godzin społecznych. Benjamin i Max są klasycznymi przeciwieństwami, niemal stereotypowymi, potrzebują siebie na wzajem by przypodobać się naczelnemu bossowi hakerów MRX-owi. Wraz z dwoma innymi osobnikami, wydziaranym i lekko szajbniętym Stephanem i stonowanym, nieuśmiechającym się Paulem tworzą team CLAY, który szybko zaczyna być znany z włamań do sieci i pozostawiania w miejscach swojej „pracy” zabawnych znaków. Atakowanie koncernów farmaceutycznych, kompromitowanie naziolskich organizacji i tego typu akcje nie są jednak niczym imponującym dla spotykającego się najlepszymi hakerami w ukrytej sieci guru. Chłopaki postanawiają uderzyć w organizacje rządowe, Benjamin wykrada bardzo ważne dane i przekazuje je w prezencie MRX-owi, który okazuje się współpracować z ruską mafią. Kiedy pada pierwszy trup fabuła zagęszcza się Ben musi uciekać nie tylko z sieci ale i w realu. Całość komplikuje wątek miłosny, gdyż nasz uroczy nieudacznik podkochuje się w dziewczynie z byłej klasy, i przyłapuje Maxa na całowaniu się z nią na jednej z hucznych imprez. Jest to dla niego pretekstem do ocięcia się od CLAY-a. Problem w tym, że już na samym początku zostajemy znokautowani sceną, w której aresztowany Benjamin zeznaje przed tajną agentką, że jego kumple hakerzy zostali wybici co do nogi i, że przyzna się do współpracy w zamian za status nienaruszalnego świadka i nową tożsamość a tym samym bycie człowiekiem duchem. Brzmi ciekawie? A jest jeszcze lepiej. 
Już nieraz mieliśmy do czynienia z dziełami, w których zostajemy wrzuceni już na początku w finał fabuły, a opowieść głównego bohatera jest swoistą retrospekcją. Musimy pamiętać jednak, że Benjamin snuje swoją wersję wydarzeń, w której wcale nie musi spowiadać się ze wszystkich szczegółów i to jest niewątpliwy atut tej historii.
Niezbyt siedzę w niemieckim kinie, ale te filmy, które udało mi się  w ostatnich latach zobaczyć zrobiły na mnie duże wrażenie. „Goodbye Lennin”, „Upadek”, wspomniane „Życie na podsłuchu”, były świeże, mocne i dopracowane. „Who Am I” jest niczym wypadkowa węgierskich „Kontrolerów”, „Podziemnego kręgu”, „V jak Ventetta”, „Matrixa” i „Podejrzanych”, zapodany w bardzo dynamiczny, teledyskowy niemal sposób, w którym scen spokojnych i przegadanych o niczym jest tak naprawdę niewiele. Więcej tu „fight clubowej” filozofii, ujmowania świata w nawias zarówno wielkiego mrowiska, którego system ochronny można złamać, niezależnie od jego skomplikowania, jak i zależnego od sprytnej jednostki, która go napędza. Część akcji przeprowadzonych przez CLAY to takie puszczenie oczka do widza zakochanego w poczynaniach armii Tylera Durdena. Postacie co prawda nie są wielce skomplikowanymi charakterami i nie mają nakreślonej jakiejś większej głębi, ale bardziej chodzi tu o intrygę i twisty, których jest całkiem sporo. Jeśli dacie się porwać tej szalonej pogoni wydarzeń  i intryg to będziecie się bawić znakomicie, jeśli będziecie szukać na siłę nielogiczności i przegięć to po prostu uznacie dzieło za nie do końca satysfakcjonujące. Mnie urzekło wszystko: od bohaterów wypluwających słowa z prędkością CKM-u, przez co „nieprzyjemny” dla ucha język niemiecki zupełnie nie przeszkadza, poprzez muzykę nadającą rytmu temu i tak już ekspresowemu przedstawieniu (odpowiadają za nią Michael Kamm, Boys Noize i znakomicie wkomponowane utwory Royal Blood) na bardzo dobrej, wiarygodnej grze aktorskiej kończąc. Film się nie dłuży, nie męczy i nie przeładowuje widza informacjami ze świata hakerów (wszystkie ich interakcje są bardzo ładnie i umownie pokazane w scenach w szybkim metrze, stąd pewnie nawiązania do „Sali samobójców” wśród recenzentów, tyle nietrafne i krzywdzące, co po prostu głupie i odstraszające od seansu). Dzieło ma amerykański posmaki i z tego co poczytałem do prawa do „rimejku” już są na etapie negocjacji mimo, że film jest świeżynką. Także zagraniczni spece od marketingu już węszą sukces i kasę. Także z pełną odpowiedzialnością polecam Wam przygodę z „Who Am I” jeśli lubicie symboliczność, umowność i nowoczesność w kinie europejskim. Sam trailer przekonał mnie do obejrzenia, a jeszcze bardziej sugestia pani z Hagi Film, która napisała, że dzieło ryje baniak i warto weń swój czas zainwestować. Pojechałem więc do Olsztyna i dzięki studyjnemu kinu Awangarda 2  miałem możliwość obejrzenia go i znakomicie się bawiłem. Także jeśli jeszcze nie podjęliście decyzji czy go zobaczyć, lub co gorsza nie macie pojęcia, że takowe dzieło w ogóle istnieje i jest wyświetlane w polskich studyjniakach to nie zastanawiajcie się i walcie do kin! Polecam, polecam i jeszcze raz polecam! 
Ocena: 9/10

ZRYTE RECENZJE VOL.4: Nigdy nie otwieraj nieznajomym, czyli o filmie "Gość" słów kilka (2014, reż. Adam Wingard)

Jak często oglądacie filmy tak złe, że aż dobre? Wiecie, takie co to nie mają nie wiadomo jak złej fabuły, ale wykonanie daje wiele do życzenia, aktorzy momentami perfidnie udają, że grają, a film jako całość nie ma zbyt dużej wartości lecz bawi w zaskakująco przyjemny sposób? Taki jest właśnie wchodzący do kin „Gość”, który trąci po części tanim kinem sensacyjnym, niezbyt ambitnym thrillerem i w tym przypadku nawet nieco grindhousem. A jednak jest w tej halloweenowej propozycji coś wciągającego i ujmującego. Film nie dość, że wchodzi do kin 31.10 to jeszcze na ekranie zobaczycie zawzięte wydrążanie dyni, i finałową sekwencję dziejącą się przed dyskoteką z okazji wiadomego „święta”. 

David nie jest Davidem, nie jest też do końca człowiekiem. Jest za to intrygującym, dziwnym typem.

Kim jest tytułowy „Gość”? Przestawia się pewnej rodzinie jako David (Dan Stevens, którego z pewnością znają fani serialu „Downtown Abbey”), przyjaciel zmarłego syna państwa Peterson, z którym razem był w wojsku. Jest przystojny, rozmowny, inteligenty i bardzo silny. I źle mu z oczu patrzy. Widz przez jakiś czas będzie się zastanawiać kim lub czym jest David jako, że nie do końca zachowuje się i wygląda jak człowiek. Z początku mężczyzna zachowuje się jak przyjaciel rodziny i szybko zyskuje sympatie dzieci państwa Peterson. Ich synowi, Luke’owi pomaga poradzić sobie z nękającymi go przygłupami, córce Annie zaś wpada w oko, choć na szczęście nie do końca. Mamy więc opowieść o rodzince, która wpuściła pod swoje skrzydła kogoś kogo nie powinna, widzieliśmy to już setki razy, możemy się domyśleć, że im dalej w fabułę tym gorzej dla domowników, narzuca się więc pytanie: dlaczego mamy to oglądać? Ano dlatego, że film oferuje sporo mrugnięć do miłośników kina klasy B. Adam Wingard wyreżyserował póki co „Naprawdę straszną śmierć”, „Następny jesteś Ty” i segmenty „The ABC of Death” i obu „V/H/S”. Gość więc odpowiada póki co za sprawny filmowy recykling, łączy znane już od dawna elementy w całkiem smaczną choć przewidywalną całość. Wiadomo, że film będziemy oglądać dla tytułowego bohatera i zastanawiać się czy jest tylko śmiertelnikiem czy kimś pokroju Jasona lub Michaela Myersa. Będzie też sporo nielogicznych zachowań bohaterów, nieco czarnego jak smoła humoru słowno-sytuacyjnego i znakomitej na swój sposób, archaicznej muzyki z The Sisters Of Mercy i Clan Of Xymox na czele. 
Stare, „oklepane” znane filmowe sztuczki w odświeżonej formule sprawdzają się nad wyraz dobrze. 

Przyznam, że film rozkręca się nagle i brutalnie w ostatnich 30 minutach. Dzieje się dużo, nagle i bardzo stylowo jak na niezależną produkcję przystało. Aktorstwo jest całkiem niezłe, nazwiska mało znane, ale dla kinomana zaprawionego w boju z pewnością nieobce, poza Stevensem swoje odwalają też Sheila Kelley („Samotnicy”), Lenard Orser („Kolekcjoner kości”, „Obcy: Przebudzenie”) czy Lance Reddick („Zagubieni”, „Fringe”, „Prawo ulicy”). Rzecz jasna najlepiej radzi sobie Dan, który stworzył postać tajemniczą, pozbawioną wyższych uczuć, a jednocześnie na swój dziwny sposób bardzo sympatyczną. Jego David po prostu robi to co należy. Czyli co, zapytacie? Ano sami musicie sobie zobaczyć, bo jest to propozycja godna poświęcenia halloweenowej imprezy i obadania w domowym zaciszu z kumplami lub druga połówką. Seans przedpremierowy miałem okazję zobaczyć dzięki M2Films i REBEL REBEL, za co dzięki wielkie bo bawiłem się przednio do ostatniej kwestii wypowiadanej przez jedną z bohaterek brzmiącą wdzięcznie „What the fuck?!”. Sądzę, że jeśli obejrzycie „Gościa” także zadacie sobie to samo pytanie. Kawał dobrego rozrywkowego kina, polecam! 
7/10

5 powodów, dla których warto obejrzeć: LĘK PIERWOTNY (1996)

Dziś startuje nowy cykl, na który wpadłem podczas spaceru. Jako, że na blogu powinno znajdować się o wiele więcej treści niż jest, postanowiłem w sposób łatwy i przejrzysty zapodawać wam od czasu do czasu  taki króciutki artykulik przypominający o perełkach kina. Nie pojawią się tu pozycje, które każdy zna niemal na pamięć, za to postaram się pogrzebać i wyciągać naprawdę ciekawe rzeczy. Oczywiście moje pięć powodów, dla których warto coś obejrzeć może być totalnie „z dupy”, ale być może przekona kogo trzeba. Ach i jeszcze jedno! W tych artykułach niekoniecznie będę zdradzał fabułę filmu, cały trik ma polegać na tym, byście dali danemu dziełu szansę (lub nie) w sposób instynktowny. Zapraszam do czytania! 
LĘK PIERWOTNY (Primal Fear, 1996, reż. Gregory Hoblit)

1.EDWARD NORTON JAKO AARON STAMPLER. Właściwy debiut na dużym ekranie Edwarda, który pokonał grubo ponad dwa tysiące kandydatów do tej roli. I wcielił się w nią perfekcyjnie. Młody tu jeszcze i nie okrzesany, ale już świadomy tego co chce na ekranie pokazać. Jeśli jest się maniakiem jego talentu a się nie oglądało tego dzieła, to chyba czas najwyższy nadrobić.
2.RICHARD GERE JAKO MARTIN VAIL. Gere się raczej z ryjącymi filmami nie kojarzy. A jednak tutaj w roli prawnika broniącego Aarona w sądzie jest bardzo przekonujący. Idealnie kontrastuje się z postacią graną przez Nortona, dopełnia go tym swoim ciepłym wyrazem twarzy. 
3.ŁAMIGŁÓWKA. Jestem maniakiem filmów stwistowanych. W tym dziele nie potrzeba wybuchów, efektów specjalnych i nie wiadomo jakich udziwnień. Atmosfera gęsta tak, że można by nożem kroić. Do tego zagadka, którą chłonie się przez cały seans. Jak ktoś ma świta na punkcie takich dzieł jak „Gra” czy całkiem niedawny „Labirynt” to musi sięgnąć. Musi, nie ma wyboru. 
4.HASŁO REKLAMOWE. „Jeśli masz dwa oblicza, wcześniej czy później zapomnisz, które z nich jest prawdziwe” – diabelnie to nośne i sygnalizujące, że nie będziemy mieli do czynienia z filmem banalnym i przewidywalnym. Uwielbiam takie intrygujące slogany. 
5.JEST STANOWCZO ZA MAŁO ZNANY. No przynajmniej moim zdaniem, o czym mówią mi statystyki wśród moich znajomych. Są osoby, które o nim słyszały, są też takie, którym tytuł nic nie mówi. A wiecie jak tu po to jestem by zmienić ten stan rzeczy. Jeśli więc poprzednie cztery powody Was przekonany to bierzcie się za seans! 
I to by było na tyle. Wkrótce na blogu 10 najlepszych kreacji Jacka Nicholsona, artykuł o najlepszych polskich aktorkach i mam nadzieję drugi w historii bloga wywiad. Stay tunned!