Detektyw

TU NIE BĘDZIE HAPPY ENDU, CZYLI O FINAŁOWYM ODCINKU “TRUE DETECTIVE 2″ SŁÓW KILKA

Jak by to ująć? Od czego by tu zacząć? Co tam się w ogóle wydarzyło? Generalnie rzecz ujmując „True Detective 2” w finale poszedł w bardzo dziwnym kierunku. Mam wrażenie, że te wszystkie intrygi, ta cała kryminalna otoczka zeszła na dalszy plan w obliczu miłosnych uniesień bohaterów, rozpamiętywania ich przeszłości i tak dalej. Rozwiązanie kluczowej zagadki nie spoliczkowało nas tak jak tego oczekiwaliśmy, właściwie po prostu sobie było i tyle. Podobnie zemsta na gwałcicielu żony Reya. Coś tam było o tym bąknięte, coś tam niby powiedziane, ale ostatecznie w natłoku scen rozmaitych gdzieś to wszystko umknęło. Jakieś diamenty, jakieś rodzeństwo, przeszłość Ani, przeszłość Reya, odeskortowanie żony Franka do Wenezueli i tak dalej… Jeśli nawet oglądaliście ten sezon bardzo uważnie to nie szło się połapać chociażby dlatego, że niektóre postacie były tylko pustymi nazwiskami, bądź migały gdzieś niezauważenie w odcinkach. Tak więc fabułę tego sezonu mogę określić jako zbyt zawiłą, pełną niedomówień i scen „z dupy”. Za to klimat… Klimat tego sezonu był wybitny i przepyszny. Pozwólcie, że przyjrzę się temu co działo się nie tylko w finale, ale przez cały sezon nieco bliżej. 

798741-true-detective-s02e08[1]

Ray tuż przed podjęciem ostatecznej decyzji… (więcej…)

Reklamy

10 najlepszych serialowych openingów według FKRBZM

Dziś ponownie temat lekki i niezobowiązujący, ale mam wrażenie, że ciekawy. Openingi serialowe mogą bowiem swoim charakterystycznych tematem przewodnim zachęcić do zapoznania się z serią. Nie do końca wiem w czym to tkwi, ale tak to już jest. Tak czy siak opening może być wyznacznikiem jakości serialu, jego integralną częścią, którą nucą sobie fani na całym świecie. Poniżej 10 najlepszych według mojego widzimisię tasiemcowych otwieraczy! Zapraszam do czytania, oglądania i słuchania! 

10.DR HOUSE 

Teardrop w wykonaniu Massive Attack sam w sobie cudownym utworem jest. To 31 sekund  wycięte z piosenki znakomicie integruje się z serią o marudnym doktorze. Mam nadzieję, że ten kto wymyślił takie połączenie został należycie obsypany pieniążkami. 

9.ŚWIAT WEDŁUG BUNDYCH

Czyli Frank Sinatra i jego Love And Marrige. Lekko sarkastyczny utwór który towarzyszył wszystkim seriom o przygodach Ala i spółki. No nie mogło zabraknąć tu wstępu do najlepszego serialu komediowego ever (rzecz jasna moim zdaniem). 
8.DEXTER

Jak wygląda poranek seryjnego mordercy. Urocza choć niepokojąca muzyczka towarzyszy pobudce, zacinaniu się przy goleniu czy obieraniu owoców. To jest tak cudownie schludny i estetyczny opening, że nie mogłoby go tu zabraknąć. Mniam, mniam. 
7.AMERICAN HORROR STORY: ASYLUM

Skradająca się muzyczka w połączeniu z chorymi migawkami daje piorunujący efekt. Wybieram opening do drugiego sezonu, wszystko działa tu ze sobą po prostu idealnie. Uważam też, że to zdecydowanie najlepszy sezon serialu, chyba najbardziej przerażający z dotychczasowych. 
6.HANNIBAL 
Kilka dźwięków na krzyż, a gęsia skórka gwarantowana. No i te krwawe portrety. Króciutkie cudeńko, które wprowadza nas w świata ulubionego doktora Lectera. Ciekawe czy przy trzecim sezonie ulegnie zmianom? 
5.GRA O TRON
Kolejny wizulano-muzyczny majstersztyk, który zaczynam który bardzo często sobie nucę. Bardzo podobają mi się te wznoszące z elementów budynki, naloty kamery na poszczególne królestwa. No i ostatnie wybrzmiewające dźwięki utworu nadające niepokojącego nastroju. 
4.THE WALKING DEAD – ŻYWE TRUPY

Muzyka z tego openingu jest dynamiczna i często współgra ze scenami otwierającymi odcinki. W samym wstpęniaku zmieniają lokacje w zależności od sezonu. Póki co uważam, że najlepsze miejscówki pokazano nam w obecnym sezonie. Miodzio dla oczu i uszu. 
3.Z ARCHIWUM X

Najbardziej nawiedzone intro ever? Z pewnością. Jak byłem dzieciakiem to się autentycznie bałem tych dźwięków, normalnie srałem po gaciach. Taka jedna z moich małych tajemnic z dzieciństwa. 
2.DETEKTYW

Far From Any Road The Handsome Family to klimatyczne mistrzostwo świata pasujące jak ulał do błotnistej Luizjany i historii opowiedzianej w jednym z najlepszych współczesnych seriali kryminalnych. Znakomicie się patrzy na ten wstępniak, który po prostu wizualnie jest magiczny. Czekam z niecierpliwością na drugi sezon. 

1.MIASTECZKO TWIN PEAKS

Na zakończenie Julee Cruise i jej wspaniałe, lekko nawiedzone Falling, które jednoznacznie kojarzy się z tym pokręconym serialem. Ponoć w 2016 roku Lynch ma powrócić do Dwóch Pagórków, nie wydaje mi się by był to dobry pomysł… 

P.S. Dodaję jeszcze trzy openingi, które są zbyt krótkie by trafić do regularnej listy (i nie mają tej wizualnego odjazdu, mam nadzieję, że kumacie o co mi chodzi), ale mają w sobie to coś. Utwór z „Herosów” zapodaję w całości. W openingu jest niestety wykorzystany tylko fragment, pozostałe dwa budzą pewne nie dające się łatwo opisać emocje więc po prostu musiały się pojawić. 

BONUS 1:HEROSI


BONUS 2: ZAGUBIENI 

BONUS 3: BREAKING BAD

Śladami Rusta i Martina, czyli o fenomenie serialu DETEKTYW słów kilka.

Dożyliśmy takich czasów, że seriale poziomem realizacji i wielowątkową, rozpisaną na kilka sezonów fabułą zaczęły przebijać filmowe propozycje. Pierwszym takim dziełem na moje oko było „Twin Peaks”, które bardziej przypominało rozciągnięty film niż jakikolwiek serial. Samo słowo „serial” zyskało nowy blask, przestało kojarzyć się z tanią sensacją i brazylijskimi tasiemcami. Nadeszły czasy produkcji, w których większość odcinków kończyła się efektownymi cliffhangerami zaostrzającymi apetyt na więcej. Przegapienie jednego czy dwóch odcinków nie wchodziło w grę, twórcy nie pozwalali sobie na odcinki-zapychacze. Polska telewizja swego czasu wywęszyła ich dochodowość i ściągnęła na ekrany takie produkcje jak „Zagubieni” czy „Herosi”. Moda na wspólne oglądanie trwała przez cały okres mojego chodzenia do gimnazjum i liceum, a poszczególne odcinki potrafiliśmy omawiać na przerwach i lekcjach. Kiedy poszedłem na studia boom oglądania w telewizji zastąpiło ściąganie odcinków w sieci. Część robiła to bo przecież piraciło się wszystko inni znaleźli ukojenie w oglądaniu ukochanych produkcji z napisami. Chyba tylko tym można uzasadnić fakt, że chociażby „Sherlock” trafił do polskiej telewizji tak późno. Włodarze telewizji publicznej stwierdzili, że emitowanie seriali po prostu im się nie opłaca, chociażby ze względu na konkurencję (pomijam tu przypadek „Dr House’a”, który dwójka wyemitowała do końca, jedynka natomiast moim zdaniem bardzo brzydko potraktowała „Homeland”). Fox przygarnęło „The Walking Dead”, AXN większość propozycji s-f, Polsat do dziś twardo emituje „Kości”. Inna sprawa, że seriale te lecą w paśmie wieczornym lub późno w nocy więc nie każdy ma siłę by przysiąść i obejrzeć. Czyli tak do końca różowo nie jest. Ostatnimi czasy największą popularnością zaczęły cieszyć się „seriale produkcji HBO”, a więc bijąca rekordy popularności „Gra o tron” i znakomity „Detektyw”, który po tym przydługim wstępie będzie tematem moich rozważań. Dlaczego trwający zaledwie osiem odcinków pierwszy sezon, w którym dwóch detektywów rozwiązuje jedną sprawę stał się kultowy niemal z miejsca? Poniżej znajdziecie (być może) satysfakcjonującą Was odpowiedź. 
Postać Rusta z miejsca awansowała do pierwszej ligi bohaterów, których zawsze będziemy pamiętać. Według moich obserwacji jest równie barwny co Sherlock, John Locke, Ben Linus, Gregory House czy Hannibal Lecter.

W pierwszym odcinku śledzimy opowieść Martina Harta (Woody Harrelson) i Rusta Cohla opowiadających o swojej pracy w dawnych czasach kiedy to rozwiązywali sprawę morderstwa na tle rytualnym. Sprawa nie została do końca wyjaśniona a coś poróżniło obu mężczyzn na tyle, że nie widzieli się od wielu lat. Panowie opowiadają o tym jak postrzegali siebie nawzajem, poznajemy ich relacje i szorstką męską przyjaźń. Dowiadujemy się o uzależnieniu alkoholowym Rusta, a w kolejnych epizodach wychodzi na jaw niewierność Martina wobec żony. Serial koncentruje się więc nie tyle na samej zagadce i tym kto kogo i jak zabił, ale na piętrzących się dramatach bohaterów otoczonych przez mokradła Luizjany. To jeszcze nie jest wystarczający powód by się w serial wgryźć, takich gliniarzy czy detektywów było już całkiem sporo. Haczyk tkwi w fascynującej osobowości Rusta, w sposobie jego wysławiania się, opowiadania o przeszłości i snucia filozoficznych wtrąceń do głównych zeznań. Serial jest bardzo, bardzo przegadany. Przesłuchania, rozmowy Rusta i Martina w samochodzie, poszczególne sceny są zagęszczone jednymi z najlepszych wywodów w historii telewizyjnych produkcji i idealnie pasują do zblazowanej, ponurej aury terenów, na których rozgrywa się akcja. Nie ma dzikich pościgów, wybuchów, efektów specjalnych i innych fajerwerków. Jeśli następuje ożywienie akcji to i tak jest zaserwowana odpowiednim dla całej serii tempie. Teoretycznie więc będziecie obcować z dziełem monotonnym i nie dostarczającym adrenalinowej rozrywki. Jednak w praktyce napięcie z odcinka na odcinek rośnie, kolejne odsłaniane karty pokazują nowe elementy układanki. Pomiędzy ich odkrywaniem zobaczycie znakomite lokacje, wiarygodne przygaszone życiem postacie i będziecie z satysfakcją odkrywać kolejne tajemnice Rusta. Mnie najbardziej intrygowała jego przemiana wizualna, to jak się zaniedbał i dlaczego przestał współpracować z Martim. 
Martin to postać porywcza, twardo stąpająca po ziemi, która nie zawsze rozumie postępowanie Rusta. Idealnie go uzupełnia, stara się być dobrym ojcem i mężem niestety często daje się skusić na zakazane owoce. Wszystko ma jednak swoje konsekwencje. 
Nie chcę Wam tutaj spojlerować, ale postać Martiego także jest ciekawa i wielowymiarowa. Z jednej strony stara się być przykładnym ojcem, z drugiej widać, ze pragnie od życia czegoś, co po ślubie w pewnym stopniu utracił – wolności. Choć gdybym ja miał taką żonę jak on (która także jest bardzo ciekawą postacią i dostajemy kilka okazji by poznać ją bliżej), to nie śmiałbym czynić tego co on. Hart jest prostolinijny i idealnie uzupełnia rozgadanego, wiecznie wieszczącego zagładę ludzkości i naszej planety Rusta. Uważa go za lekko szajbniętego, ale nie może mu odmówić umiejętności w wyciąganiu zeznań. To także jest intrygującym elementem serialu. Przesłuchania są mozolne, ale świetnie skonstruowane, Rust potrafi wyciągnąć z podejrzanych wszystko i z zadziwiającą łatwością jakby przenikał ich umysły. Natomiast Martin prędzej użyje siły i przemocy, jest dość porywczym facetem. Kontrastowość bohaterów nie ułatwia rozwiązania sprawy morderstwa, które staje się obsesją Rusta. Facet poświęca swoje życie osobiste na jej rozwiązanie, widać jednak, że pomaga mu to w dławieniu bólu po śmierci córki. Jej strata sprawiła, że zgorzkniał i oddał się swoim rozważaniem nad upadkiem tego świata. 
W świecie „Detektywa” ważna jest także symbolika religijna i mistyczna otoczka nadająca serii wyjątkowego posmaku. Nie do końca wiemy z czym obcujemy, kim jest Żółty Król i jaką rolę pełnią stożkowate konstrukcje z patyków. Pokazana jest bliżej ślepa wiara i oddanie słowom kaznodziejskim hochsztaplerom. Finałowe dwa odcinki nieco rozjaśniają sytuację i są w pewnym stopniu oderwane od poprzednich, które bazują na retrospekcjach. Są mroczne, brzydkie i znakomicie kumulują wcześniej opowiedziane wątki. Rzecz jasna klimat noirowy bije z każdego odcinka i zapewniam Was, że nie chcielibyście mieszkać na tych paskudnych moczarach. Cóż jeszcze nadaje smaku temu dziełu? Z pewnością muzyka, która jest tu integralnym budulcem klimatu. Te leniwie płynące utwory, piękne, smutne i momentami dołujące. Nie słyszałem tak świetnej ścieżki od czasu „Django”. A jeśli chodzi o opening to lepszego chyba nigdy nie widziałem i raczej nie prędko zobaczę, istny majstersztyk. Mogę go oglądać na okrągło. Ten serial to wzór zarówno dla produkcji telewizyjnych jak i idealny czarny kryminał na miarę XXI wieku. Jest intelektualną pożywką, oferuje znakomitą intrygę i wyrazistość bohaterów. Jest po prostu unikalny, ma swoje tempo, poszatkowaną chronologię i nawet własną ponurą kolorystykę. Widz szukający taniej rozrywki zmęczy się po pierwszym odcinku, cała reszta może się nim zachwycić na długie lata. Na koniec dodam jeszcze, że to kreacja Rusta to bodajże najlepsza postać stworzona przez Matthewa McConaugheya. Woody Harrelson także jest świetny, ale dla mnie zawsze jego flagowymi rolami będzie Larry Flynt i Mickey Knox. Proponuję Wam osiem godzin najlepszej małoekranowej produkcji ostatnich lat. Potwierdza się powiedzenie, że produkcje HBO to więcej niż telewizja. „Detektyw” to prawdziwa Sztuka.