TU NIE BĘDZIE HAPPY ENDU, CZYLI O FINAŁOWYM ODCINKU “TRUE DETECTIVE 2″ SŁÓW KILKA

Jak by to ująć? Od czego by tu zacząć? Co tam się w ogóle wydarzyło? Generalnie rzecz ujmując „True Detective 2” w finale poszedł w bardzo dziwnym kierunku. Mam wrażenie, że te wszystkie intrygi, ta cała kryminalna otoczka zeszła na dalszy plan w obliczu miłosnych uniesień bohaterów, rozpamiętywania ich przeszłości i tak dalej. Rozwiązanie kluczowej zagadki nie spoliczkowało nas tak jak tego oczekiwaliśmy, właściwie po prostu sobie było i tyle. Podobnie zemsta na gwałcicielu żony Reya. Coś tam było o tym bąknięte, coś tam niby powiedziane, ale ostatecznie w natłoku scen rozmaitych gdzieś to wszystko umknęło. Jakieś diamenty, jakieś rodzeństwo, przeszłość Ani, przeszłość Reya, odeskortowanie żony Franka do Wenezueli i tak dalej… Jeśli nawet oglądaliście ten sezon bardzo uważnie to nie szło się połapać chociażby dlatego, że niektóre postacie były tylko pustymi nazwiskami, bądź migały gdzieś niezauważenie w odcinkach. Tak więc fabułę tego sezonu mogę określić jako zbyt zawiłą, pełną niedomówień i scen „z dupy”. Za to klimat… Klimat tego sezonu był wybitny i przepyszny. Pozwólcie, że przyjrzę się temu co działo się nie tylko w finale, ale przez cały sezon nieco bliżej. 

798741-true-detective-s02e08[1]

Ray tuż przed podjęciem ostatecznej decyzji…

Pamiętam jak ludzie psioczyli po emisji pierwszego odcinka drugiego sezonu. Że postacie jakieś takie nieciekawe, że stereotypowe, że nuda się wylewa z ekranu i tylko jako tako finał odcinka zachęcał do dalszego śledzenia serii. Jedno się nie zmieniło. Duszny, nieprzyjemny klimat podkreślany przez brudne dzielnice, widoki z lotu ptaka i zblazowanych przyćpanych lub schlanych bohaterów. Zamiast filozoficznego fundamentu i zbrodni rytualnych dostaliśmy korupcję, alkoholizm, problemy z seksem i próbę  ucieczki z przestępczego światka. Serię drugą od początku zdawał się napędzać rozedrgany psychicznie Velcoro, mający właściwie najwięcej ciekawego do powiedzenia i zrobienia, przynajmniej dla mnie. Druga intrygującą postacią była Ani, trzecią Frank, a na samym końcu nieprzekonujący mnie Paul, który właściwie najwięcej zyskał w moich oczach w odcinku, w którym zginął. Końcówka odcinka siódmego uświadomiła mnie, że finał będzie jednym wielkim polowaniem na głównych bohaterów. Szybkie rozwiązanie wątków kryminalnych pozwoliło twórcom na pokazanie nam tego, jak bohaterowie bardzo się do siebie zbliżyli i jak bardzo, bardzo nie mają szans na happy ending. Problem z finałem jest taki, że Ray i Frank zginęli choć wydaje mi się, że wcale nie musieli. Owszem, ich śmierć nadała „Detektywowi” większej wiarygodności, rozbiła schemat jednoosobowej armii, która radzi sobie z tabunem wrogów niczym Steven Seagal w prawie każdym filmie z jego udziałem.

Mam wrażenie, jakby do ostatniego odcinka ktoś dopisał bardzo mocny i smutny epilog. Mam na myśli to wszystko co działo się po tej całej akcji z Rosjanami, po podziale pieniędzy między Frankiem a Rayem. Nagle pojawili się Meksykanie, nagle obudzili się wrogowie Raya i co bardziej obeznany z produkcjami HBO widz mógł zacząć rozkminiać jak to się wszystko skończy. Frank w sumie zginął na własne życzenie, bo mógł oddać garnitur i się honorem nie unosić. Ray właściwie dał się zabić, wcześniej spojrzał w niebo i już wiedziałem, że podjął decyzję o przyjęcie kul na klatę. Egzekucję usłyszała przez telefon Ani, która także miała zostać przewieziona do Wenezueli. Czy Raya zgubiło to, że chciał ostatni raz zobaczyć syna? Czy Franka zgubiło to, że nie chciał pokazać, że jest słaby? W sumie jego przedśmiertne wizje by o tym świadczyły, przyznam, że ten nadprzyrodzony pierwiastek był całkiem sympatyczny, zresztą cały ten sezon garściami czerpał z dokonań Lyncha, a pustynno-brudnym klimatem kojarzył się z „Breaking Bad”. Wydaje mi się jedynie, że do serialu wkradł się przesadny melodramatyzm, którego praktycznie w pierwszym, ołowianym sezonie nie było wcale. Ray okazuje się biologicznym ojcem rudzielca, Ani rodzi dziecko Raya, które jest owocem ich zbliżenia, a Paul zostaje uhonorowany pamiątkową tablicą. W tym kontekście początkowe sceny odcinka wybrzmiewają jeszcze bardziej: jeśli widzisz scenę, w której pokłóceni małżonkowie wyrzucają obrączki, a potem godzą się czule żegnają to wiedz, że tylko jedno z nich przeżyje do samego końca. Wkrada się więc do finału uroczy, ale jednak, banał, który podzielił widzów na całym świecie.

True-Detective-Soundtrack-Season-2-Episode-8-and-Finale-1[1]

Zakończenie nieco zbyt rzewne, ale czyż życie takie nie bywa?

Czy był to więc dobry finał? Na pewno dość mocno chaotyczny i chcący pozamykać wszystkie wątki w 90 minut. Ale do tragicznie złego sporo mu brakuje, choć naczytałem się opinii, że ten sezon jest źle rozpisany i właściwie całość to zmarnowany potencjał. Musiałbym obejrzeć całość za jednym zamachem by wydać ostateczny wyrok czy to co zobaczyłem było bardzo dobre i stylowe czy tylko dobre i momentami zbyt płytkie. Bo braki i niedorzeczności fabuły skutecznie zatuszował tutaj unikalny klimat, zdjęcia, plenery, muzyka i genialne intro. Wiecie co? Wygląda na to, że dla wielu pierwszy sezon jest genialnym moralitetem, a drugi chaotyczną wydmuszką. Ale znajdują się i tacy, którzy myślą… zupełnie odwrotnie. Tacy, którzy nie kupili filozofowania Rusta, za to łyknęli szorstkość Velcoro. I spierania się tych dwóch grup nie będzie końca, przynajmniej do premiery trzeciego sezonu. Który z pewnością powstanie mimo pomstowania na fabułę drugiego. Bo oglądalność jak na produkcję HBO była satysfakcjonująca, bo znów będziemy chcieli zobaczyć aktorów z dużego ekranu na małym. Dodatkowym atutem tej serii jest to, że odczarowuje aktorów, którzy „się kojarzą”. Właściwie to „Detektyw” pokazał kunszt McConaugheya. A drugi sezon skutecznie przekonał mnie do dramatycznego potencjału Farrella, Vaughna i McAdams (no niech będzie, że Kitscha też). Pierwszy sezon podniósł poprzeczkę serialowej rozrywki do rangi prawdziwej sztuki, drugi oddawał hołd kinu noir, twórczości Lyncha i był po prostu inny, momentami może i nudny, ale nadrabiający solidnie swoje niedociągnięcia w odcinkach od szóstego do końca. A siódmy odcinek był prawdziwym mrocznym majstersztykiem. Także na dzień dzisiejszy zbyt surowy nie jestem i oceniam go jako bardzo dobry, choć rażących wad niepozbawiony. A czy za kilka lat będziemy o tym sezonie pamiętać? Cóż, czas pokaże, stanowczo za mało czasu minęło by teraz o tym wyrokować. Najlepiej poczekać aż sezon ukaże się na DVD i skonfrontować się z nim raz jeszcze. I to by było de mnie na tyle. Wkrótce widzimy się na nowej odsłonie bloga!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s