TE POŚCIGI, TE WYBUCHY, CZYLI O CZWARTYM ODCINKU “TRUE DETECTIVE 2″ SŁÓW KILKA

Jeżeli tytuł wpisu kojarzy Wam się z klasycznym odcinkiem Niekrytego, to słusznie, taka była moja mała inspiracja. Problem z „True Detective 2” jest taki, że przez większość czasu usypia by nagle zacząć trzymać w napięciu przez ostatnie 10 – 15 minut. Tak było w tym epizodzie, gdzie bohaterowie brali udział w obławie na bandziorów, która przerodziła się w istną masakrę protestujących i jadących w autobusie ludzi. Bardzo dobrze zostały oddane emocje Raya, Ani i Paula, szczególnie tego pierwszego, który stał się moim ulubionym bohaterem (Farrell grać potrafi, jego Velcoro jest chyba jedyną postacią, która na upartego mogłaby pojawić się w pierwszym sezonie). Niestety przez większość odcinka wiało nudą i spróbuję Wam odpowiedzieć dlaczego. 

True-Detective-Season-2-Episode-4-F[1]

Velcoro to wciąż najciekawsza postać w tym sezonie. 

Jakoś nie potrafię wkręcić się w problemy finansowe i rodzinne Franka, którego portretuje Vaughn. Aktorem złym nie jest, jego postać rysowała się całkiem ciekawie, ale ten żmudny proces powracania na ścieżkę bezprawia jest pozbawiony tego czegoś. Podobnie ma się sprawa z wątkiem Paula, który niby dał się puknąć kumplowi a z drugiej strony desperacko poszukuje potwierdzenia, że jest normalny więc kiedy dowiaduje się, że jego kochanica jest w ciąży proponuje jej ślub i wyznaje miłość. Wszystko fajnie fajnie, tyle, że to takie rozwadnianie tej głównej sprawy, bo i coraz więcej tropów się pojawia, a we wszystko zdaje się być zamieszana duchowa sekta, w której ważną osobowością jest ojciec Ani. Która to postacią jest znacznie bardziej intrygującą, chociażby przez swoje relacje z siostrą i skomplikowaną naturę seksualną przez co zostaje zawieszona w pracy.

O ile ona i Ray są postaciami sprawnie zarysowanymi i wyrazistymi to pozostała dwójka choć ma przebłyski jest taka sobie, a galeria postaci towarzyszących głównym bohaterom to banda degeneratów z burmistrzem na czele. Jasne, fajnie jest pokazywać mroczną stronę świata glin i detektywów, ale for God sake, to już czwarty odcinek, niech zacznie się coś bardziej konkretnego dziać. Owszem, finał odcinka był mocny, ale przyznam, że reszta jakoś tak jednym okiem wpadała, drugim wypadała i tylko scenka z Velcoro i synem była fajna i pokazująca, że w Ray’u jest sporo uczuć. Być może moje marudzenie wynika z tego, że „Hannibal” się rozkręca, a na horyzoncie takie produkcje jak „Ash VS Martwe Zło”, ale jesteśmy w połowie sezonu i nic nie zapowiada byśmy o tych bohaterach, w przeciwieństwie do duetu z pierwszego sezonu pamiętali. Mam więc mieszane uczucia, z jednej strony bronię tego sezonu jak tylko potrafię, z drugiej jego wady zaczynają mi mocno doskwierać. Tak czy siak do przeczytania za tydzień. Po tej rozpierdusze w finale powinno się coś konkretnie ruszyć. Powinno.

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s