SYNDROM DRUGIEGO SEZONU, CZYLI O PIERWSZYM ODCINKU „TRUE DETECTIVE 2” SŁÓW KILKA

W dzisiejszym wpisie spróbuję wyjaśnić skąd wzięły się te wszystkie „za i przeciw” wobec nowego sezonu „True Detective”, jest to bowiem najgłośniej komentowany serial w ostatnich tygodniach obok „Hannibala”, którego jak wiadomo utną nam po trzecim sezonie. Czy szyld pod którym HBO wypuściła pierwszy odcinek drugiego sezonu ma wciąż rację bytu? Odpowiedź leży gdzieś po środku, pozwólcie, że przyjrzę się temu zjawisku, jak i treści pierwszego odcinka bliżej. 

true20_zpsktuiswl5[1]

Póki co tyko dwie postacie jawią mi się jako ciekawe.

Sezon pierwszy „Detektywa” był napędzany przez duet aktorski McConaughey-Harrelson i trzeba przyznać, że mistrzowsko utarł nosa tym, którzy nie pokładali nadziei w kunszcie Matthewa. Stworzył on bohatera pełnokrwistego i inspirującego, słownych potoków Rusta Cohle’a można było słuchać godzinami. Harrelson natomiast dopełniał jego postaci swoim dość zimnym i nieprzyjemnym Hartem. Oglądało się to niczym najlepsze filmy Finchera z naciskiem na „Siedem” chociażby. Szatańska intryga utkana wokół bagien Luizjany pobudzała wyobraźnię i aż chciało się więcej. Na twórcach „Detektywa” spoczęła odpowiedzialność stworzenia odrębnej historii, która nie tyle przeskoczyłaby pierwowzór (moim zdaniem to niemożliwe) co po prostu mu dorównywała. Po pierwszym epizodzie drugiego sezonu został ogromny niedosyt, bo postaci przedstawiono nam szczątkowo, ten odcinek po prostu nie kopnął mnie w twarz tak jak otwieracz jedynki. Na plus wypadło jak zwykle klimatyczne intro, a z czterech głównych postaci dwie zaciekawiły mnie na tyle by zakodować sobie w głowie, że będę oglądać dalej.

Colin Farrel od lat pokazuje nam, że potrafi zagrać postać budzącą skrajne emocje. Jego Ray Velcoro to gliniarz po przejściach, który walczy o prawa do swojego syna. Czy raczej „swojego” gdyż dziecko jest owocem gwałtu na żonie bohatera. Mężczyzna nadużywa swojego stanowiska, nie stroni od przemocy i alkoholu, jest strzępem człowieka, a do tego się z Frankiem Seymonem (niekojarzący się z tego typu postaciami Vince Vaughn), mafiozem trzęsącym przestępczym półświatkiem. Drugą przyciągającą wzrok postacią jest pani szeryf Ani Bezzerides (Rachel McAdams, baaaardzo przekonująca w swojej kreacji), która także pije, a do tego ma problemy z seksualnością, jej własna siostra porównuje ją, o ile dobrze pamiętam, do uschniętego patyka, co sugeruje, że kobieta od jakiegoś czasu brzydzi się seksem. Do tego jej ojciec jest kimś na kształt hippisa-mentora i filozofa (świetny, świetny David Morse! Bardzo go lubię!), kobieta nie potrafi nadawać z nim na tych samych falach. Bardzo interesuje mnie ta pani jako, że w poprzednim sezonie damskie postacie były w cieniu męskich choć wyrazistości im nie brakowało. Do tego dochodzi jeszcze niezrównoważony emocjonalnie, prujący na motorze Paul, który też ma problemy z seksem i wspomniany mafiozo Frank, którego intencje ciężko przewidzieć. Poza tym ostatnim wszystkie kluczowe postacie gromadzą się nad pieczołowicie przygotowanymi zwłokami mężczyzny, po którym ślad wcześniej zaginął. I to właściwie tyle jeśli chodzi o fabułę odcinka. Wielkim jego minusem jest to, że przez czas trwania odcinka trudno sobie obrać postać, której jednoznacznie się będzie kibicować lub przynajmniej obserwować. Sezon pierwszy napędzały sprzeczki i przeszłość wiążąca głównych bohaterów. Tutaj nasi bohaterowie dopiero się poznają i nic ich nie łączy. Jak wspomniałem postać Farrealla wypada najbardziej zapamiętale także dzięki zaniedbanej stylówie i podejściu do życia. Zastanawiam się jak odebrany byłby ten odcinek, gdyby a)był to pierwszy odcinek pierwszego sezonu „Detektywa” b)serial nie nazywałby się tak jak się nazywa. Czy HBO złapało by nas na taką historię? Twórcy doskonale zdają sobie sprawę, że złapali widzów, którzy oszaleli na punkcie pierwszego sezonu, muszą więc zadbać o to by to całkiem zachęcające do dalszego oglądania intro przerodziło się w coś zapierającego dech w piersiach. Bo póki co mamy bohaterów grzesznych, pogubionych, oderwanych od rzeczywistości, ale wiele z tego nie wynika. Tymczasem Rust intrygował od samego początku, cała czwórka nie ma takiej charyzmy i magnetycznego czegoś jak on. I to jest pożywka dla hejterów, bo spodziewali się wyskoku z kapci a dostali delikatne pogłaskanie po głowie i sygnał, że to dopiero zarysowanie postaci. Nie brakuje na szczęście i takich, w tym mnie, którym się podobało choć nie dostałem palpitacji serca od zachowań bohaterów i finałowego twista. To było do przewidzenia, że ścieżki bohaterów w jakichś okolicznościach się skrzyżują. Nie rozchodzi się więc o to by pobić legendarny duet z jedynki, tylko opowiedzieć mroczną i trzymającą za gardło historię tych, którym nam tu przyszło zobaczyć. Póki co upatrzyłem sobie Raya i Ani i czekam na relacje między nimi, bo niewątpliwie coś zaiskrzy.

„Detektyw” to wyjątkowy przypadek serialu, który nie ma połączenia fabularnego między sezonami, więc oczekiwania wobec nowego rozdania były ogromne. Na szczęście do skalania dobrego imienia serialu nie doszło i mam nadzieję, ze nie dojdzie, bo zapowiada się obiecująco. Wybitny ten odcinek nie był, bardzo dobry – jak najbardziej. Tak więc czekam może nie zagryzając pazury, ale czekam na kolejny odcinek i rozkręcenie historii. A opening to ponownie miód dla oczu i uszu. Błagam Was ludziska, nie spartolcie tego.

Reklamy

3 comments

  1. Zgadzam się całkowicie. Colinowi brakuje pewnego rodzaju „prawdziwości” w grze. Matthew był przejmujący od pierwszej sekundy, jego tajemniczość była nienachalna, a intrygująca. Sekrety, które ukrywał, zakopane były bardzo głęboko i odkrywanie ich z biegiem akcji stanowiło ogromną przyjemność. Do tego klimat był.. nie wiem, mocniej osnuty grozą, takie wrażenie odnoszę. Całkowicie odróżniał „Detektywa” na tle innych detektywistycznych produkcji. Drugi sezon zdaje się do nich mocniej upodabniać. Odczuwam także duży nadmiar bohaterów, przez co chaotyczność i niemożność identyfikacji. Rachel mnie zaskoczyła wpasowaniem się w rolę, w moich oczach wypadła znacznie lepiej niż Colin. No i to intro… genialne!

  2. No właśnie, nie rzucałabym negatywnymi spostrzeżeniami, że nowy sezon nie ma takiego klimatu. Inna historia, inne miejsce, inna atmosfera. Na kolana nie padłam ale w dalszym ciągu uważam, że serial trzyma poziom i może być tylko lepiej. I dla odmiany upatrzyłam sobie Franka i tą dziwną relację między nim a Rayem. I czekam spokojnie na odkrywanie z odcinka na odcinek co tam się między nimi wydarzyło dokładnie. Bo Rachel McAdams na razie mnie nie przekonała swoimi wydumanymi problemami. Zapraszam na bloga:
    http://myenglishstate.blogspot.com/2015/06/true-detective-2-astronauts-dont-even.html

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s